Przejdź do treści

Twarze bushcraftu – stoicyzm w bushcrafcie [blog]

Próbując zdefiniować, czym jest bushcraft, niejednokrotnie zetkniemy się z problemem występowania różnych, czasem odmiennych definicji. I to jest w porządku. Moim zdaniem definicji może być tyle, ilu jest bushcrafterów tzn. każdy może widzieć to trochę inaczej. Wynika to z faktu, że dla każdego z nas, bushcraft może stanowić odpowiedź na inną potrzebę.

Jakiś czas temu Rufus z wydawnictwa Stary Wspaniały Świat, w jednym ze swoich filmów powiedział, że są dwa podejścia: idzie się do lasu tak, żeby było wygodnie (Nessmuk), albo idzie się do lasu tak, żeby zmagać się z niewygodami i trudnościami (np. Rufus). Te słowa skłoniły mnie do refleksji, w wyniku której próbowałem odpowiedzieć sobie na pytanie – co właściwie w bushcrafcie pociąga mnie. I oczywiście jest to wiele różnych rzeczy, z naciskiem na właśnie to drugie podejście – pokonywanie swoich słabości, ale też lęków. Wszak osoba bushcraftera przechodzi pewną ewolucję. Zanim zacznie czerpać z kontaktów z naturą przyjemność, wpierw musi pokonać swe słabości i lęki. Ja jestem na tym wczesnym etapie.

Ale przypomniała mi się również idea, którą zaraziłem się już jakiś czas temu – praktykowanie stoicyzmu. To bardzo trudne w dzisiejszych czasach, ale i – mam wrażenie – bardzo potrzebne. Otóż jednym z elementów stoicyzmu, jest zaakceptowanie niewygód. Nie pamiętam już w tej chwili, który to był filozof (być może Seneka Młodszy), ale jest taka historia, która często się powtarza – stoik przyjechał do karczmy, gdzie miał spędzić noc. Ale odbywały się tam jakieś huczne imprezy. Było mu głośno i niewygodnie. Początkowo zamierzał pójść na skargę. Ostatecznie stwierdził, że – no cóż, po prostu pozostaje mu się z tym pogodzić.

Wśród nowoczesnych stoików panuje przekonanie, że warto raz w miesiącu spędzić noc poza własnym łóżkiem po to, by docenić to, co mają.

Próbując zasnąć w lesie, często zadaję sobie pytania: „co ja właściwie tu robię?”, „po co mi to?”, „czy nie lepiej było zostać w domu?”. Potem myślę sobie, że w tym czasie mógłbym na przykład czytać dzieciom książkę na dobranoc, a później oglądać z żoną seriale. Proste rzeczy, które nie wydają się być czymś, co Indiana Jones kochałby najbardziej – jakkolwiek to nie brzmi. Ale kiedy już to pytanie zostało raz postawione, wraca do mnie za każdym razem – nie tylko gdy jestem na biwaku, ale także, gdy jestem w domu i czytam dzieciom książkę. I myślę sobie „jak to dobrze być w domu i czytać dzieciom książkę”.

To jest oczywiście mała rzecz. Mała, ale ciesząca. Bo dzięki bushcraftowi i zmaganiu się z niewygodami, zimnem i strachem, zacząłem zupełnie inaczej postrzegać proste życiowe obowiązki. Dzieci są już na tyle duże, że same mogą sobie czytać. Ale dla mnie to tak naprawdę nie jest obowiązek, ale pewien element życia rodzinnego, który sprawia mi przyjemność i zbliża do rodziny, a przy tym osiągnięty dzięki kontrapunktowi, jakim jest samotne wyruszenie „w dzicz”.

Myśląc w ten sposób, każde wyzwanie potraktować możemy jako taki właśnie kontrapunkt mający na celu pozwolić nam docenić to, co mamy (mydło, bieżąca woda, toaleta, łóżko). A to już jest czysty stoicyzm, a także element hartowania materii, z której jesteśmy ulepieni.

Co w takim razie z porażkami? Trzeba pozwolić je sobie zaakceptować, pogodzić się z nimi, przypisać im mniejszą rolę niż byśmy normalnie im przypisali po to, by w przyszłości nie bać się porażek i również znosić je łatwiej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.