W internecie w roku 2000 czy 2001 nie było ani facebooka, ani instagrama, ani nawet youtube’a. Pozycja Google nie była aż tak dominująca. Pierwszą wyszukiwarką internetową, z której korzystałem, było Yahoo, pierwszą stroną startową był wp.pl. W internecie wtedy nie było tak wielu rzeczy jak dziś.

W poprzednim odcinku opowiadałem trochę o tym, jak wyglądała rzeczywistość lat 90., zanim jeszcze internet przebił się do szerszej świadomości. Zachęcam do sięgnięcia do tamtego odcinka zarówno osoby, dla których jest to prehistoria i czysta abstrakcja, jak i osoby nieco starsze, dla których może to być wycieczka sentymentalna… Skończyło się mniej więcej na roku 1997, kiedy to mniej więcej ja odkryłem internet, i na roku 1999, kiedy dostałem swój pierwszy, prawdziwy komputer klasy PC, do którego później dokupiliśmy modem.

Czym jest modem?

Kiedyś, aby połączyć się z internetem, należało mieć modem, który był wpięty do linii telefonicznej. De facto z internetem łączyło się przez telefon. Modem wybierał sobie słynny numer 0202122 i wtedy słyszało się taki podobny dźwięk, jak ten w intro podcastu. Transfer był słabiutki, opłaty wysokie, a dodatkowo jeszcze blokowało się linie telefoniczną. Więc użytkowanie internetu sprowadzało się do krótkich połączeń, w trakcie których sprawdzało się informacje, które chciało się sprawdzić. 

Nie pamiętam, kiedy dokładnie ile, ale dość szybko założyliśmy tzw. stałe łącze, ponieważ na przełomie lat 90. i dwutysięcznych, był prawdziwy boom na sieci osiedlowe, które umożliwiały dostęp do stałego łącza. Transfery oczywiście pozostawiały wiele do życzenia, były dalekie od tego, co mamy dziś, ale w dalszym ciągu było to znacznie lepsze rozwiązanie niż modem. 

Na początku XXI w. internet był pustynią

W internecie w roku 2000 czy 2001 nie było ani facebooka, ani instagrama, ani nawet youtube’a. Pozycja Google nie była aż tak dominująca. Pierwszą wyszukiwarką internetową, z której korzystałem, było Yahoo, pierwszą stroną startową był wp.pl i tam też, najprawdopodobniej, miałem swoją pierwszą skrzynkę mailową… 

W internecie wtedy nie było tak wielu rzeczy jak dziś. Nie był tak rozwinięty e-commerce, nie było serwisów społecznościowych. Pierwszym serwisem społecznościowym, na którym ja miałem konto, było grono.net, które wystartowało w 2004 roku. Dwa lata później oczywiście Nasza Klasa. YouTube powstał w 2005 roku. Nie było też za bardzo blogów. To znaczy były, ale mało kto o nich wiedział… Tematowi blogów zresztą poświęcę kolejny odcinek podcastu. W każdym razie ludzie tworzyli sobie strony internetowe, najczęściej statyczne strony w htmlu. Z czasem dopiero zaczął pojawiać się javascript czy php. Ale jak ktoś już znał javascript czy php to miewał w swoim środowisku ksywę haker.

Ogólnie internet na początku XXI wieku w Polsce był takim trochę pustkowiem wołającym o zagospodarowanie. Ludzie próbowali różnych rzeczy. Swego czasu popularnością cieszyły się tzw. czaty. Wchodziło się na czat i rozmawiało się z obcymi ludźmi. Były także fora dyskusyjne oraz listy dyskusyjne, o których trochę wspomniałem w poprzednim odcinku podcastu. I to chyba z listami dyskusyjnymi miałem najwięcej do czynienia. 

Czym były listy dyskusyjne? 

Były to listy, które można było zasubskrybować, i na których za pośrednictwem maila, można było brać udział w dyskusjach. Najczęściej każda lista poświęcona była jakiemuś jednemu tematowi. Ja byłem zapisany do kilku list o muzyce. I co ciekawe, do dziś utrzymuję kontakt z jakimiś osobami z tych list… na przykład mam takiego kumpla Rudolfa, z którym widzę się raz na kilka lat. Ostatnio chyba w 2012 roku byliśmy na koncercie Faith No More. No i to jest właśnie człowiek z takiej listy.

Na tych listach dostawało się mnóstwo maili. Czasem kilkadziesiąt czy nawet kilkaset maili dziennie. Każda jedna wypowiedź, to był jeden mail. Jeżeli wybuchła gorąca dyskusja, to oczywiście maili było więcej. Z grubsza pomysł był dobry, choć jego realizacja pozostawiała wiele do życzenia. Po latach, jego rozwinięciem stały się komentarze w serwisach społecznościowych, gdzie również można było toczyć dyskusje. 

E-ziny

Inną, ciekawą formą działalności internetowej z początku wieku były ziny. Zin to skrót od magazin. I jest to ewolucja tych dyskietkowych zinów z demosceny, o których wspominałem w poprzednim odcinku, jednak te ziny późniejsze, to już było coś dużo poważniejszego. Miały formę spakowanej paczki, którą pobierało się na dysk. Taki zin był de facto stroną internetową, ale zapisaną na dysku. Dzięki czemu użytkownicy korzystający z internetu za pośrednictwem modemu, mogli go jednorazowo pobrać, a potem czytać już offline. 

Ziny miały też charakter periodyczny – ukazywały się raz w miesiącu czy z inną częstotliwością. Miały numerację, często miały stałą redakcję. Poświęcone były różnorakim tematom. 

Jednym z najpopularniejszych zinów był magazyn NoName, który tworzony był przez Tomasza Karwatkę – wówczas chyba jeszcze licealistę lub studenta. Dziś Tomasz Karwatka jest osobą szeroko rozpoznawalną i kojarzoną z branżą e-commerce. Podejrzewam, że jego doświadczenia z okresu NoName nie są tutaj bez znaczenia. Podejrzewam, że tworząc taki magazyn, nabył całkiem sporo cennych doświadczeń.  

Takich zinów było oczywiście więcej, chociażby esensja.pl, która świętuje dziś 20 lat. Dziś jest to nieco archaiczny portal o książkach i kulturze, ale ja pamiętam czas, kiedy była zinem.  Był też @t, wcześniej zwany Ptikusiem czy Ready

Był też taki mocno kontrowersyjny zin BUNT. Sam tytuł sugeruje, że mamy do czynienia z mocnym kalibrem. BUNT prowadzony był przez tajemniczego i anonimowego Buntownika, który zdołał zaskarbić sobie całkiem sporą publiczność, a także zgromadził wokół siebie grupę ludzi, która chciała pisać…. w ogóle muszę zaznaczyć, bo wcześniej o tym nie wspominałem, ale w większości przypadków pisanie do zinów było zajęciem hobbystycznym, nie wiążącym się z absolutnie żadnymi profitami.

Wszystko to bazowało na takim założeniu, że chce się coś robić, na zasadzie nauki, zdobywania doświadczenia i zbierania jakiegoś feedbacku. Nie przypominam sobie, żeby w owym czasie funkcjonowała reklama. Może zaczynała raczkować. Były oczywiście bannerki, ale w pierwszej dekadzie XXI wieku strony bardzo często wymieniały się bannerkami, linkowały do siebie nawzajem.

Page Rank

W ogóle w owym czasie funkcjonowało coś takiego jak sekcja linki. Zwyczajowo linkowało się do zaprzyjaźnionych stron, często z wzajemnością. Był to czas, kiedy funkcjonował jeszcze tzw. Page Rank, czyli taki parametr, który pozwalał googlowi ocenić, jak dobra jest dana strona. Nazwa pochodzi nie od słowa page czyli strona, ale od nazwiska Larry’ego Page’a – jednego z założycieli Google. Czyli był to tak jakby ranking Page’a. Decydował on o kolejności wyświetlania wyników na stronie wyszukiwań. 

Jeżeli dobrze pamiętam, to Page Rank danej strony równał się średniej Page Ranków wszystkich stron, które do tej strony linkowały. Czyli nie opłacało się zdobywać linków ze słabych stron o niskim Page Ranku. Za to opłacało się pozyskiwać linki ze stron o wysokim Page Ranku. 

Opór przed nowością

Zabawne w internecie z tamtego okresu… chociaż tak naprawdę to idę o zakład, że w dalszym ciągu można coś takiego zaobserwować, zabawne jest to, że rozmaite nowinki na wejściu były trochę tak wyśmiewane i nie traktowane poważnie. Świetnym przykładem są blogi. Przez kilka lat traktowane były jako pamiętniczki nastolatek. W pewnym momencie stały się prawdziwym must have i firmy masowo zaczęły tworzyć blogi. Ale o tym, jak już wspominałem wcześniej, będzie w kolejnym odcinku podcastu. 

Pamiętam, że w roku 2010 gorąco namawiałem mojego ówczesnego pracodawcę do rozwoju contentu video. Przypomnę, YouTube istniał wówczas od 5 lat. W 2010 chyba jeszcze nie był po polsku. Nie przeszło. Oczywiście wiadomo – w owym czasie, jako malutka firma, nie dysponowaliśmy środkami, by tworzyć wysokiej jakości content video. Jednak dziś większość firm stara się w taki czy inny sposób zagospodarować kwestię video. Podobnie było z mediami społecznościowymi. Nie uwierzycie, ale był czas, kiedy nie każda firma chciałą mieć profil na facebooku.

Wiele zmieniła pandemia

Ciekawe w tej całej historii jest także to, jak na przestrzeni lat zmieniało się podejście do promowania firmy w internecie i produkcji contentu. W pierwszej dekadzie XXI wieku częstym zjawiskiem były strony, które były wizytówką firmy. Zawierały adres, ofertę, jakieś ogólne informacje, dane kontaktowe… 

U zarania internetu często słyszało się coś w rodzaju “sprzedajemy gwoździe, po co nam blog” albo “sprzedajemy gwoździe, po co nam youtube” albo “sprzedajemy gwoździe, po co nam facebook” albo wręcz “sprzedajemy gwoździe, po co nam strona internetowa”

Z czasem jednak ulegało to zmianie. Ludzie zaczynali dostrzegać możliwości, jakie niesie ze sobą internet, blogi, video, portale społecznościowe, i tak dalej, i tak dalej…

To wszystko jest też bardzo ciekawe z punktu widzenia roku 2021. W ubiegłym roku rozpoczęła się pandemia COVID-19. Mieliśmy spektakularne lockdowny i pracę z domu… rozwój e-commerce, przenoszenie biznesu do internetu i wykorzystywanie nowych narzędzi – wszystkie te zmiany nabrały niespotykanego tempa. Dziś często jest tak, że nawet małe bistro posiada stronę internetową, przez którą może złożyć zamówienie, albo chociaż sprawdzić menu, zamówić telefonicznie z dostawą lub odbiorem osobistym. 

Ostatnie trzy dekady pokazują, jak bardzo postęp technologiczny przyspiesza. A wraz z nim przyspiesza także postęp w myśleniu o biznesie, a także gigantyczny postęp w postrzeganiu możliwości, jakie dają nam nowoczesne narzędzia.

1 komentarz do “#02 Trudne początki internetu w Polsce”

  1. Pingback: blzf podcast #03 Blogosfera wczoraj, dziś i jutro - Bartosz Adamiak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *