Dzisiaj, zgodnie z zapowiedziami, porozmawiamy sobie o tzw. “bańce dot-com”, która – jak mniemam – mogła mieć całkiem spory wpływ na dzisiejszy kształt internetu, ale też i całego świata, o czym za chwilę się przekonacie.

Czym jest bańka spekulacyjna?

Spekulant to ktoś, kto kupuje tanio i sprzedaje drogo. Jeśli w jednym miejscu znajdzie się dużo spekulantów, to mamy rynek. Jeśli z jakiegoś powodu ci wszyscy spekulanci, lub przynajmniej większość z nich, zacznie próbować zarobić na jakimś konkretnym aktywie, to – zgodnie z prawem popytu i podaży – cena tego aktywa zacznie wzrastać. 

Jeżeli ten wzrost ceny wymknie się spod kontroli, oderwie się od rzeczywistości, od tego, jaką realną wartość firma produkuje, a mimo to, ludzie nadal ją kupują, no to praktycznie mamy bańkę spekulacyjną.

A bańki mają to do siebie, że lubią pękać. Gdy bańka pęknie, na parkiecie leje się krew. Wszyscy chcą się pozbyć gorącego kartofla i ocalić jak najwięcej. Cena gwałtownie nurkuje. Ta część, która weszła w inwestycję przy stosunkowo niskich cenach wygrywa, ci którzy kupili na górce, najczęściej przegrywają… Najczęściej jest tak, że właśnie tych, którzy tracą, jest najwięcej, bo wchodzą na późnym etapie bańki.

Tulipomania

Jedną z pierwszych, dobrze udokumentowanych baniek spekulacyjnych, była tzw. tulipomania czy też gorączka tulipanowa, która miała miejsce w Holandii. Jej szczyt przypadał na lata 1636-1637. Przedmiotem spekulacji stały się cebulki tulipanów. Czyli coś, co dziś w sklepie ogrodniczym kupimy za parę złotych. 

W 1623 roku jedna cebulka mogła osiągnąć cenę nawet 1000 guldenów. Dla porównania 4 tony pszenicy kosztowały 448 guldenów, więc mówimy o gigantycznych pieniądzach. W roku 1635 – taka cebulka kosztowała już 6000 guldenów, a w 1637 roku 10 000 guldenów. 

Ludzie zastawiali całe majątki, gospodarstwa, nieruchomości, żeby kupować cebulki. W pewnym momencie pojawiło się nawet coś, co można nazwać protoplastą kontraktów terminowych – sprzedawano cebulki, które dopiero miały być wyprodukowane z tulipanów, które dopiero miały być posadzone… Czyli ktoś miał na przykład tulipana, i już sprzedawał cebulki, które uda mu się z niego wyhodować. 

W 1637 roku bańka pękła, wielu ludzi zbankrutowało, straciło majątki całego życia i zostało nędzarzami…

Bańka dot-com

Z podobną bańką spekulacyjną mieliśmy do czynienia na przełomie lat 90. i dwutysięcznych. Ich przedmiotem stały się tzw. “dot-comy”… do tej szufladki zaliczano wszystkie firmy działające w rozwijającej się wówczas dynamicznie branży internetowej, stąd nazwa “dot-com” czyli kropeczka com, co jest domeną tzw. commercial, używaną przez firmy. 

Początek bańki datowany jest mniej więcej na rok 1995, co zbiegło się z premierą Windowsa 95. Ludzie starszej daty wiedzą z pewnością, jak dużym przeskokiem był Windows 95 względem Windowsa 3.1. Był to skok gigantyczny i właściwie początek nowej ery w dziedzinie systemów operacyjnych. Ale i internetu, ponieważ Windows 95 miał wbudowany Internet Explorer. Rok wcześniej firma Netscape wypuściła swoją przeglądarkę Navigator

Sytuacja gospodarcza

Po dekadzie lat 80. i recesji z początku lat 90. stopy procentowe były skandalicznie niskie, na poziomie bliskim 5 proc. (dla porównania dziś w USA stopy są w przedziale 0-0,25, ale to wątek na zupełnie inną historię), a więc nie zarabiało się już tyle na bezpiecznych obligacjach, innych papierach dłużnych czy nawet lokatach bankowych tyle, co w latach 80. Ludzie poszukiwali pomysłów na dobrą inwestycję, a dot-comy wydawały się bardzo przyszłościowe.

Banki inwestycyjne również wyczuły w tym biznes, ponieważ mogły zarabiać na przeprowadzaniu ofert publicznych czyli tzw. IPO. Więcej spółek technologicznych, to więcej debiutów giełdowych, więc był pretekst do tego, żeby przekonywać inwestorów, że oto właśnie rodzi się nowa, wspaniała gałąź przyszłości, która – co jest niemal pewne – będzie generowała zyski, no i jest przecież oczywiste, że te zyski będą rosły wykładniczo w kolejnych latach, więc tylko idiota nie wszedłby w dot-comy…

To z kolei sprawiło, że wielu przedsiębiorców dochodziło do wniosku, że:

 hej, przecież my też możemy uruchomić dot-com. Trzeba tylko jakiś tam pomysł, domenę internetową, zaraz znajdzie się kapitał, wejdziemy na giełdę, a później się wymyśli, co będzie przedmiotem działalności

Na dot-comy przerzuciły się też firmy Venture Capital, a więc tzw. aniołowie biznesu, fundusze gotowe wyłożyć pieniądze w taki nowy biznes… dziś nazwalibyśmy to start-up, celem osiągnięcia późniejszego, oczywiście pewnego zysku…

Odklejenie

Myślę, że nie trzeba być Sherlockiem Holmesem czy Einsteinem, żeby z powyższego opisu wywnioskować, że:

  • wyceny tych spółek były niemalże od samego początku odklejone od rzeczywistości. Brali się za to często ludzie bardzo młodzi, bez doświadczenia, bez biznesplanu… wyobraźcie sobie typowego bohatera amerykańskiego filmu młodzieżowego z lat 90. i wrzućcie go na WallStreet. 
  • Inwestorzy widząc te wyceny oraz cały entuzjazm, jaki się wokół dot-comów wytwarzał, byli skłonni ryzykować. W końcu to rzeczywiście brzmiało bardzo przekonująco… co najmniej tak jak przekonująco jak polski gaming czy kryptowaluty. Czego się tu obawiać?

Pomiędzy rokiem 1995 a 2000 technologiczny index Nasdaq Composite wzrósł o 400 proc. Aczkolwiek akcje niektórych spółek wzrosły np. o 1000 proc. Te firmy niejednokrotnie żyły w przekonaniu, że muszą rosnąć szybko, bo to zapewni im szybki wzrost wartości i wysokie notowania. Dlatego nie szczypały się szczególnie z wydatkami. 

Przykładem mogą być reklamy na finałach Super Bowl. Jest to swego rodzaju święto reklamy. Wiele firm przygotowuje na tę okazję specjalną reklamę, która ma wówczas swoją premierę. Firmy dziś prześcigają się w tym, kto zrobi lepszą… To jest w Stanach absolutny prime time. I oczywiście rzecz nie tania – emisja 30-sekundowego spotu kosztowała ok. 2 mln dolarów.

W roku 1999 na Super Bowl reklamowały się dwa dot-comy. W 2000 było to już 17 firm. 

Początek końca

Ale rok 2000 był też rokiem, kiedy obraz wielkiej cyfrowej hossy, zaczynał drgać, kiedy na jej monolicie zaczęły pojawiać się pierwsze rysy. W marcu Japonia weszła w recesję, co spowodowało wzrost obaw o firmy technologiczne, często silnie powiązane z rynkiem japońskim. Prestiżowy magazyn Barron’s zauważył, że dot-comom kończy się gotówka. Amerykański FED podniósł stopy procentowe, a Microsoft został ukarany za łamanie ustawy antymonopolowej, w związku z czym akcje firmy BIlla Gatesa straciły 15 proc. wartości, jednocześnie pociągając w dół cały Nasdaq o 8 proc. 

Media coraz bardziej krytycznie przyglądały się dot-comom. Bloomberg opublikował obszerny artykuł, w którym dogłębnie przyjrzał się liczbom. I był to niewesoły widok.

W listopadzie 2000 roku zawinęła się z rynku firma pets.com, która była bardzo mocno rozreklamowana, jako firma ze wsparciem Amazon.com. W tym czasie wartość większości spółek zmalała do 75% w stosunku do swoich szczytów. Przynosząc inwestorom spore straty. 

W 2001 roku na Super Bowl reklamy wykupiły znów tylko dwa dot-comy, zaś 11 września doszło do zamachów, które wprowadziły ogólny niepokój na rynkach. Zaraz potem wyszły na jaw afery finansowe z udziałem dostawcy energii Enron, telekomu WorldCom oraz telewizją kablową Adelphia. 

Dołek osiągnięty został w październiku 2002 roku, kiedy to Nasdaq był o 78% niżej od swojego szczytu. To był koniec.

Konsolidacja

Wiele firm zbankrutowało, wielu inwestorów straciło pieniądze, a na rynku pracy pojawiło się wielu bezrobotnych programistów i innych specjalistów z branży IT. Z bańki wyszli jedynie najsilniejsi jak Amazon, Google czy ebay. Wiele firm, które nie zbankrutowało, poniosło dotkliwe straty, które doprowadziły do tego, że w późniejszym czasie zostały wykupione przez silniejszych graczy np. AltaVista w 2003 roku została zakupiona przez Yahoo

Co ciekawe, ktoś kto kupił Amazona, nawet na szczycie bańki za 100 dolców, dziś ma akcje, z których każda warta jest ponad 3200 dolców. To daje do myślenia… Po pierwsze, że trzeba było mieć dużo szczęścia, żeby dobrze wytypować. W latach 90. pewnie trudno było analitykom szacować wartość spółek z tak świeżego segmentu. 

Po drugie – warto się zastanowić nad tym, co mamy dzisiaj. Dlaczego Amazon czy inne spółki FAANGGoogle, Facebook, Apple są tak drogie, i czy te wyceny oddają dziś prawdziwą wartość tych spółek. Z bańki dot-com zwycięsko wyszli nie tylko ci, którzy postawili na właściwe spółki i trzymają ich akcje do dziś. Po pęknięciu bańki doszło do sporych konsolidacji. Lista firm, które wykupił Google jest bardzo długa i wymienić należy chociażby:

  • w 2003 roku firmę Pyra Labs, twórcę platformy Blogger, o której mówiłem w poprzednim odcinku podcastu
  • W 2004 Firmę Picasa oraz firmy ZipDash, Where2 czy Keyhole, których technologie zostały wchłonięte do projektu Google Maps
  • W 2005 roku firmę Urchin Software Corporation, która pracowała nad oprogramowaniem, które posłużyło w projekcie Google Analytics
  • Również w 2005 roku Android
  • W 2006 serwis YouTube

I tak dalej, i tak dalej… do dnia dzisiejszego liczba tych przejęć jest bliska 250. Nie wszystkie one były spowodowane pęknięciem bańki dot-com. Raczej te pierwsze z lat 2001-2003, kiedy to Google korzystał z faktu, że on odniósł sukces, a inne, mniejsze firmy, po pęknięciu bańki borykały się z problemami. 

Niemniej jednak widać, że doszło do pewnej kanibalizacji w branży i ci, którzy z bańki wyszli z twarzą, później zyskali, urośli do skali potentatów jak właśnie Google, Amazon, ebay czy Microsoft. 

Niewątpiliwie bańka dot-com, która była swego rodzju falstartem dla całej branży interentowej, ukształtowała to, jak dziś wygląda internet i świat. 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *